Dziennik grudniową porą – zagadka nr 26


5.12.2016
Jutro Mikołajki. Wreszcie kurier przyniósł paczkę z klockami dla chłopców. Czołg i jakiś opancerzony pojazd. Nie wiem, co dokładnie, bo to Michał wybierał. (Spędził w sieci tydzień, konsultował się ponoć nawet z Manią!)
Skręcona noga wciąż boli, ale gdy zadzwonił dzwonek, dokuśtykałam do drzwi. Jedną ręką trzymałam Kikę, która wyrywała się tak, jakby w kieszeni kurtki kuriera wyczuła żeberka, drugą, na kolanie, podpisywałam odbiór paczki. Włosy w nieładzie, pobazgrany gips. Nie dziwię się, że kurier spoglądał na mnie, jak na nadprzyrodzone zjawisko. Chaos. Jeden wielki chaos.

Chłopcy wrócili dziś wcześniej ze szkoły, bo byli z klasą w teatrze na „Opowieści Wigilijnej”. Teraz szaleją z psem. W kojcu Kiki znów znalazłam kluczyk do skrzynki. Michał mówi, że póki czas, trzeba jej zmienić imię na „Sroka”. Bo pasuje jak ulał.

Na dworze mróz. Tak sobie pomyślałam, że moje dzieci na własne oczy widziały i żyrafę, i słonia, a nie znają mroźnych kwiatów na szybie…

6.12.2016
Szymon i Mateusz wstali dziś na roraty bez budzika. Powiedzieli, że uwierały ich te pudełka klocków pod poduszkami. Uściskali nas – Mikołajów. A potem plecaki, lampiony i heja – w ciemny poranek. Poszłabym z nimi, gdyby nie ta cholerna noga. („A sama pewnie trujesz uczniom de, żeby nie zaczynali bez rozgrzewki, co?”, usłyszałam od Mani, kiedy zadzwoniła do szpitala. Rozgrzałam się, zawsze się rozgrzewam, ale oczywiście moja siostra musiała wiedzieć lepiej, co wtedy wydarzyło się na sali.)

W dzieciństwie też chodziłyśmy na roraty. Obie bardzo lubiłyśmy ten klimat, a mimo to, jeszcze w piątej klasie musiałam wyrabiać różne cuda, żeby ją dobudzić. Na czasie było wtedy powiedzenie: „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne, dokąd chcą”. Cytat mojego dzieciństwa, który padał z ust Mani za każdym razem, kiedy czegoś od nas wymagano. Czy przeszkadzało mi bycie tą rozsądną w naszym spolaryzowanym duecie? Bynajmniej. Z własnej woli zainicjowałam nawet pewną kuriozalną sytuację: jednego roku zebrałam dwie kolekcje obrazków, bo na roraty biegałam sama, ale do kościoła wchodziłam dwa razy. (było ciemno, wymykałam się bocznym wyjściem). A wszystko po to, by i dla Mani zdobyć, co trzeba.. Bez komentarza.

Moi chłopcy są zupełnie inni. Jakby jeden duch w dwóch ciałach.

Prószy śnieg. Od samego rana prószy tak i prószy.

Dopisek.

Dudni mi w głowie. Ciśnienie – masakra.

Żartów się komuś zachciało. Ale komu? Dlaczego? I w ogóle… jak? Ale od początku.
Dzwonek do drzwi, a tam znów kurier, ten sam, co wczoraj. Kika pod pachą szczeka jak opętana, a ten patrzy na mnie i wręcza kopertę dla pani Marty. Mam otworzyć ją przy nim. Otwieram. Wyciągam pierścionek. Srebrny pierścionek z oczkiem w kształcie płatka śniegu. Wcale nie nowy, widać, że niedawno czyszczony. Ręce zaczynają mi drżeć, ale niczego po sobie nie pokazuję. A kurier do mnie: „Pamiętasz?”

No żesz! Pamiętasz? Oczywiście, że pamiętam. Sęk w tym, że gdy pozbywałam się pierścionka, byłam zupełnie sama. Nie przyznałam się do tego nawet Michałowi. Nigdy.

Patrzę na kuriera jak przysłowiowa sroka w gnat. „Ktoś zablokował pani funkcje motoryczne… he he”, słyszę. Ale nie uśmiecham się, choć wiem, że nawiązuje do wczorajszego Westworld. „Że co pamiętam?” – pytam w końcu, choć nie jestem pewna, czy mój głos przebija się przez szczekanie psa. Kurier robi dziwną minę, wzrusza ramionami i rzuca niepewnie: „Kazali mi tak powiedzieć, to mówię.” Nic nie odpowiadam, podpisuję kwit.
I od tamtej pory nie rozumiem nic.

7.12.2016
Pierścionek leży w kasetce. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Zajrzałam do mojego starego dziennika: „28.12.2000. (…) Stanęłam na moście. Musiałam to zrobić. To była kwestia szacunku dla samej siebie. Popatrzyłam na pierścionek, zdjęłam go z palca i wrzuciłam do rzeki. Potem razem z Manią poszłyśmy na miasto po sukienki na Studniówkę. Nie podoba mi się tafta. (…)” Gdybym mogła cofnąć się w czasie, rozejrzałabym się dokoła. Czy ktoś na mnie wtedy patrzył? Jeśli tak, to co zrobił później? Rzeka nie jest głęboka. Próbował go wyłowić? Nie, to przecież absurdalne.

W firmie Michała jak zwykle nie Wigilia, ale wypasione Xmas Party. W tym roku z partnerami. Michał jest w zespole organizacyjnym. Non stop z kimś smsuje.

Dzwoniła Mania. Przyjeżdża do nas na Święta. Okazało się, że wcale nie pomagała Michałowi w wybieraniu klocków.
Jutro do szpitala na kontrolę. Mam nadzieję, że wreszcie zdejmą mi gips. Nie wiem, skąd znam twarz doktora Piekarczyka. Jakieś kolonie? Może i kolonie.

8.12.2016
Michał zostawił mnie na Urazówce i pojechał do pracy. Mnóstwo ludzi do rejestracji, potem do gabinetu, następie na rtg. Ale opłacało się czekać. Wymieniłam gips na lekką, zgrabną ortezę.

Okazało się, że doktor Piekarczyk i ja chodziliśmy do jednego liceum. Do równoległych klas. Podobno kilka razy rozmawialiśmy nawet. Na pewno na jakimś koncercie i na ognisku na zakończenie szkoły… Nie pamiętałam. Spytałam, czy przypadkiem nie pomylił mnie z Manią, ale był pewien, że nie. „Przecież tylko ignorant mógłby was nie rozpoznać”, powiedział i popatrzył na mnie jakoś tak, że na chwilę poczułam się, jakbym znów miała osiemnaście lat. Bardzo miły fleszbek. Obok siedziała młoda dziewczyna, która wypisywała dokumentację. Uśmiechała się pod nosem. Doktor Piekarczyk (a właściwie Marek) zauważył to i bez emocji powiedział: „Pani sobie niczego nie dopowiada, pani Justyno. Oczywiście, że doskonale pamiętam panią Martę, bo byłem zapalonym kibicem naszej szkolnej drużyny. A teraz proszę pisać: Objawy kliniczne…”

Rzeczywiście w szkole średniej Mania nie grała w siatkówkę. W drużynie byłam tylko ja. Od pierwszej do czwartej klasy. W czwartej klasie w pierwszym semestrze miałam przerwę. Skręciłam sobie kostkę, tak samo jak teraz. Przez to wszystko nie pojechałam na tamtą szkolną wycieczkę, a na Studniówce nie byłam mistrzem parkietu.
Czekałam na przyjazd Michała, kiedy doktor Piekarczyk wyszedł z gabinetu. „Marta, bardzo miło było cię znów spotkać. Ostatnio myślałam, że w ogóle mnie nie kojarzysz. A przecież wtedy – to były czasy. Tyle wspomnień! Dobrze rozgrywałaś. I pamiętam, że miałaś taki ładny pierścionek…” Zaraz. Wróć. O czym ty mówisz, doktorze P.? W głowie znów mi zadudniło. Serce podskoczyło do gardła. „Nie pamiętam pierścionka” – skłamałam. Musiałam zrobić przy tym bardzo niewyraźną minę, bo Marek speszył się, wyciągnął do przodu swoją dłoń i poruszając palcami jak pianista, który gra na niewidzialnych klawiszach, powiedział: „Zwracam uwagę na takie rzeczy. Chyba przez to, że od zawsze kręciły mnie kości.” A potem spuścił wzrok i sprężystym krokiem ruszył do gabinetu. Teraz tak sobie myślę, że mogłam zapytać go wprost: „Czemu, świrze, przesyłasz mi upiorne prezenty?” W tamtej chwili byłam jednak tak skołowana, że nie potrafiłam racjonalnie myśleć.

Na Michała czekałam długo. Najpierw nie odbierał telefonu. Potem w samochodzie wydawało mi się, że jest zły, na to, że musiał po mnie przyjeżdżać. Ktoś wysłał mu sms. Chciałam przeczytać, bo prowadził, ale szybko sięgnął po telefon i wsunął w kieszeń kurtki. „To z pracy. Nie czytaj, bo zepsujesz sobie całą frajdę z imprezy.”
Świeci słońce, ale na osiedlowych ulicach szklanka. To nie jest pogoda dla kulawych. Nad ranem gwizdał wiatr. Mówią, że gdy tak wieje, to znak, że ktoś się powiesił.

Michał już od rana był nie w humorze. (Czy dlatego, że był zmuszony robić za szofera?). Denerwuje go nawet „gadanie o zabobonach”, jak to zgrabnie określił. Powiedział, że jeśli zdejmą mi gips, powinnam zacząć wychodzić z domu, bo lekko dziadzieję. Umówić się do kosmetyczki, do fryzjera. „Może rozjaśnisz włosy? Będzie ci ładnie!”
Przed chwilą zadzwonił z pracy. A to ci dopiero nius. Ich graficzka, Aneta, to żona… Marka Piekarczyka.

9.12.2016
Marek Piekarczyk nie mógł widzieć tamtego pierścionka. Nosiłam go na palcu tylko przez kilka dni, podczas przerwy świątecznej. Sory, doktorze, zwracam honor. To ja świruję, nie ty.
Mateusz przypomniał mi o szkolnym kiermaszu świątecznym. Na śmierć zapomniałam! Trzeba zrobić jakiegoś anioła, albo świecznik.

Położyłam pierścionek na stole. Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę. Czy to na pewno ten sam? A może jednak nie? I wtedy przypomniało mi się, że mogę to przecież sprawdzić. Wyjęłam z szafy pudełko z pamiątkami. W kwadratowych kopertach leżały płyty ze starymi zdjęciami.

Odpaliłam jedną z nich. Wigilia 2000. Mieszkanie rodziców. Nasza choinka. Na niej niektóre ozdoby jeszcze z lat osiemdziesiątych: Mikołajki w srebrnych okręgach, w czapkach i sukienkach z filcu, szklane sople, bombki z plisowanymi wgłębieniami… Gdzie one teraz są? Pewnie w piwnicy. Kot (jaki jeszcze mały!) krąży wokół. Nie ma tego na żadnym ze zdjęć, ale następnego dnia wdrapał się prawie na czubek drzewka. Szkoda, że nie czuć zapachów. Ktoś mógłby w końcu stworzyć nośnik absorbujący zapach. Na głowie Mani jeszcze śliwka – kolor tamtego sezonu. Na Studniówkę Mania przefarbowała się na głęboką czerń – symbol jej prawdziwego ja, jak to określiła. Tamtego roku Mania była na etapie świadomego schodzenia do głębi id. Nie ważne było, co dokoła. Mówiła, że superego tłamsi rozwój dziecka, które ma w sobie. Robiła więc, co chciała, nie zważając ani na konwenanse, ani na uczucia innych. To pewnie dlatego pod choinkę dała mi ten pierścionek. A kilka dni później bez żadnego zażenowania powiedziała, dlaczego.

Są. Zdjęcia prezentów. Jest i on.

Wzięłam pierścionek ze stołu i zaczęłam go porównywać z tym z fotografii. Były identyczne.

Na płycie kilkanaście folderów. Włączam „Studniówkę”. Ale pierwsze zdjęcia to wcale nie bal, to relacja z naszych zakupów. Przymierzalnia, a potem rynek. To nie był mój dzień, na większości fotografii wyglądam jak manekin. Mania za to kwitnąco. Na jednym ze zdjęć siedzę na ławce pod rozłożystą choinką ubraną w duże kolorowe lampki. Jem frytki. Szeroki kadr. Oprócz mnie dużo ludzi. Rewia mody „Zima A.D. 2000”.

To na tym zdjęciu coś przykuło moją uwagę. A właściwie nie coś, a ktoś. Zrobiłam zbliżenie. A jednak! Proszę, proszę… Kilka metrów od mojej ławki, stał, wyglądający jak długowłosa kostucha, Marek Piekarczyk. I nawet nie próbował udawać, że się na mnie nie gapi…

Popołudnie.

Zadzwoniło przypomnienie, że mam zrobić przelewy. Weszłam na konto i oniemiałam. Wychodzi na to, że klocki dla chłopców Michał kupował u… złotnika.

10.12.2016
Wszystko rozegrało się wczorajszego wieczora. Michał siedział przy makowcu i gapił się w komórkę. Usiadłam naprzeciw. Przez dłuższą chwilę czekałam aż mnie zauważy. Nie zauważył, więc niczym rasowy nauczyciel, który przejmuje telefon ucznia, wyjęłam komórkę z jego dłoni. Nie zważając na to, że przerywam czat, wyłączyłam go. „A co, gdybym rozmawiał z szefem?” – zapytał zirytowany. Nie odpowiedziałam. Na blacie stołu położyłam pierścionek i popchnęłam go do przodu. Sunął w stronę Michała jak hokejowy krążek w stronę bramki. Michał zatrzymał go. „Co to jest?” „To ja się pytam, co to jest?” Patrzyłam mu w oczy, a w głowie pojawiały mi się fragmenty filmów o mężach psychopatach. „Pierścionek…” – bąknął Michał, który musiał zauważyć, że coś jest nie w porządku. – „Ładny.. Skąd go masz?” Byłam tak zdenerwowana, że wycedziłam tylko coś o niepogrążaniu się w muliste dno kłamstw i manipulacji. Zbladł jak ściana. „Widziałam przelew dla złotnika…” – dodałam więc, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości. „Ach, o to ci chodzi?” – Michał uśmiechnął się szeroko. „Płaciłem za kolegę. Żeby jego żona miała niespodziankę na Święta.” – wziął mnie za rękę. – „Sama widzisz, że trzeba było. Kobiety zaraz zauważają takie rzeczy.”

Przelew dla kolegi. Brzmiało to całkiem wiarygodnie. Z drugiej strony, mężowie psychopaci, zazwyczaj mieli milion wiarygodnych wymówek. I dopiero w ostatniej scenie wypychali żony przez balustrady w ich pięknych, dużych domach. „Dla którego kolegi?”- zapytałam. Michał speszył się. „Z innego działu. Nie znasz go…”

Spytał o pierścionek. Odpowiedziałam zdawkowo. Był pewien, że kurier przyniósł go przez pomyłkę. „Niech podjedzie i zabierze go z powrotem. Przecież gdzieś tam ktoś czeka na przesyłkę! Zaraz do nich zadzwonię.” – zaproponował i sięgnął po swój telefon. Po włączeniu przyszło kilka smsów, ale nawet ich nie otworzył. To absurdalne, co wyszło z tej jego nagłej nadgorliwości – w poniedziałek ma przyjechać do mnie kurier, by zabrać przesyłkę. No… ok…
Rozmawiałam przez telefon z Manią. Pytałam, czy kojarzy Marka Piekarczyka. Wysłałam jej tamto zdjęcie spod choinki na rynku. „Aha! Wilku!” – zaświergotała do słuchawki – „No jasne, że pamiętam. To przecież Markus Piekarczyk z biol-chemu”.

Faktycznie! W szkole średniej mieliśmy Wilka… Markusa, nie Marka… To dlatego w szpitalu nie byłam w stanie przywołać żadnych konkretnych wspomnień. A i twarz zatarła mi się w pamięci. Mania nie była zdziwiona, że Markus zmienił imię. „Niektórzy pewnie do końca życia o tym marzą. Trzeba dojrzeć do tego, żeby zaakceptować imię, którego wstydziło się całą młodość.” Rozmowa się nam nie kleiła. Nie powiedziałam Mani o pierścionku, chociaż zadzwoniłam do niej z takim zamiarem.

Od rana szukam w internecie inspiracji na kiermasz świąteczny. Dorota Redlińska czasowo przejęła moje siatkarki. Wygrały mecz z „Piątką”. Wszyscy zachwyceni. Szczególnie dyrektor. Słyszałam, że Dorota chodzi po szkole dumna jak paw. Ponoć nasza woźna, pani Henia, która w wolnych chwilach jest wróżką i chiromantą, przepowiedziała, że w jej w życiu pojawią się wielkie zmiany. Tylko musi pomóc szczęściu.

Mam zamiar wziąć się dziś za generalne porządki w kuchennych szafkach. Sobotnio – przedświąteczne.
Chłopcy bawią się z Kiką w wyścigi psich zaprzęgów. Biegają po całej długości przedpokoju. Dzwoni telefon. Numer zastrzeżony. Odbieram.

„Cześć, Marta” – słyszę męski głos. „Cześć” – odpowiadam. „Przypomniałaś już sobie?” Milczę. Czuję się tak, jakby czyjaś niewidzialna dłoń zasłoniła mi usta. Wkładam ogromną ilość energii w to, żeby wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.

„Ja…” – odzywam się wreszcie, ale nie kończę, bo w tej samej chwili Szymon wpada do pokoju. Prosto na mnie. Do wyboru mam, ratować telefon lub nogę. Wybieram nogę. Telefon ląduje na ziemi. Części obudowy i bateria osobno. Zbieram skorupy. Szymon przeprasza. Kika skubie ortezę. Serce mi wali. Ten, kto przysłał pierścionek zna mój numer telefonu…

Do mieszkania wchodzi Michał. Odkłada na podłogę torby pełne zakupów. Całuje mnie w czoło. „Co cię tak zdenerwowało, kochanie?”

11.12.2016
Pogoda jak w marcu. Jeszcze wczoraj na trawnikach leżały poczerniałe kopki śniegu, dziś już nie. Chłopcy chcą na rowery. Od rana marudzą, żeby zejść z nimi do piwnicy. Nie umiem znaleźć sobie miejsca. Tęsknię za pracą. Jakoś tak nieswojo, że Dorota sprzątnęła mi sprzed nosa sukces, na który z dziewczynami pracowałam przez ostatnie trzy miesiące. Michał słodki jak ulepek. Dogadza jak może. Siedź, nie forsuj nogi.

Siedzę. Forsuję głowę. Przeglądam tamte zdjęcia. Marek Piekarczyk jest tylko na jednym. (To i tak o jedno zdjęcie za dużo!) W żadnym z folderów nie ma Adama. Teraz trochę żałuję, że wszystko usunęłam. Mogłam zostawić choć jedną fotografię.

Dopisek.

Właśnie wyszła stąd pani Henia. Wpadła do mnie z ciastem i połową butelki nalewki. Sądząc po błysku w oczach, już w domu przeprowadzała degustację trunku. Koniecznie chciała mi wróżyć. W końcu zgodziłam się i podałam jej rękę. Odezwała się dopiero, kiedy Michał wyszedł do łazienki. „Duże zamieszanie, prawda? Widzę mężczyznę i kobietę. Ona zazdrosna jak diabli. On głupi, jak to faceci. Zakręciła nim. Chce ci, Martuśka, odebrać, co twoje. A on naiwny. Ale nie wariuj, wkrótce wszystko się wyjaśni. Ach. I kot wam zdechnie, niebożątko.”

Przeraziłam się, że coś może stać się Kice, ale pani Henia uparcie twierdziła, że chodzi o kota i zaklinając się na zodiak oraz duchy – szeptuchy (???!!), wychyliła kolejny kieliszek nalewki. Dobrze, że przyszła odwilż i chodniki nie są już oblodzone…

Kiedy Michał wszedł do pokoju, pani Henia chrząknęła i niby to to siebie powiedziała: „Wysoki jak brzoza, a głupi jak koza.” A potem położyła rękę na jego ramieniu i bardzo poważnym głosem dodała: „Uważajcie na kota.”
Michał odprowadził ją do drzwi. Na półce zawibrowała jego komórka. Mając w głowie świeżą wróżbę, spojrzałam, kto dzwoni. Portiernia. W niedzielę? Odebrałam: „Słucham?” Przez chwilę nikt nie odpowiadał. „Przepraszam, to pomyłka” – usłyszałam w końcu zdezorientowany kobiecy głos. „Mania, to ty?” – zapytałam bez zastanowienia, ale kobieta po drugiej stronie przerwała połączenie.

12.12.2016
Nie wiem, dlaczego wczoraj przyszło mi do głowy, że dzwoni Mania. A właściwie wiem. To przez rozmowę z panią Henią. Ups.

Był kurier. Wręczyłam mu kopertę, w którą zapakowałam pierścionek, a on do mnie, że nie może przyjąć tego zwrotu. Dostał w firmie przykaz od samego szefa, że pani Marta – tu nazwisko i adres – ma poszperać w pamięci i przypomnieć sobie końcówkę roku 2000. „To duże zlecenie. Ważna sprawa” – dodał, puszczając oko. Czy mi się wydawało, czy jego to wszystko bawiło? Zagotowało się we mnie, ale uśmiechnęłam się moim specjalnym uśmiechem zarezerwowanym tylko na burzliwe wywiadówki oraz przegrane mecze i bez wahania zrobiłam, co następuje… Rozerwałam kopertę. Wyjęłam z niej pierścionek. Kulejąc (jak umiałam najmniej!), podeszłam do okna na klatce schodowej. Uchyliłam je, a pierścionek wyrzuciłam w… gdzieś. Tam. W niebyt trawnika.

Kiedy zamykałam okno, kurier patrzył na mnie jak na kogoś niespełna rozumu.

„Ktoś zablokował pana funkcje motoryczne?” – zapytałam.

Kurier zaczął drapać się po brodzie (co trwało zbyt długo, jak na tę nonsensowną sytuację) i dodał: „W takim razie powiem szefowi, że pani pamięta.”

„Sręta” – chciałam odpowiedzieć, ale ugryzłam się w język i jedynie uprzejmie poprosiłam o przekazanie, by szef miał na uwadze, że stalking jest karalny.

I tyle. Uff.

Kiedy chłopcy wyszli do szkoły, sprawdziłam rozkład autobusów. Na dworze szaro, zimno, ale na szczęście nie ślisko. Dam radę z kulą.

Tak sobie pomyślałam, że najwyższy czas przejąć ster. Nudny Ned stracił głowę w pierwszym sezonie. To do Lannisterów, architektów wydarzeń, wciąż należy żelazny tron.

13.12.2016
Lekki mróz, szron tylko w zacienionych miejscach. Słońce w szybach. Okna umyte już? Nie umyte? Moje z premedytacją zostawiam na ostatnią chwilę. Byle się wyrobić do przyjazdu Mani. Z wyrabianiem się zresztą ostatnio u mnie nie najlepiej – nie zrobiłam żadnej ozdoby na kiermasz. Dziś był ostatni dzień zbiórki w szkole. A chłopcy przypominali… Ech.

Sprawdziłam złotnika. Tego od przelewu.

Autobus podjeżdża prawie pod samą pracownię, więc sprawę załatwiłam szybko i sprawnie.

Złotnik ruszał gęstym siwym wąsem, gdy zastanawiał się, co mi odpowiedzieć. Nie miał w ofercie pierścionka z oczkiem jak płatek śniegu. „A może moja córka się tym zajmowała? Projektuje to, czego zażyczy sobie klient. Niekiedy wykonuje zlecenia. Bardziej jako hobby to traktuje, bo dobrą pracę ma, męża bogatego też.” Dostałam jej numer telefonu. Nie mogła rozmawiać, ale poprosiła, żebym wysłała zdjęcie pierścionka, który jak zasugerowałam, wykonywała dla mojego męża. Jestem prawie pewna, że Michał posłał jej fotografię z mojej dawnej Wigilii. Nie wiem, dlaczego to zrobił, ale to na razie nie ważne. Póki co, zbieram dowody.

Następny autobus wywiózł mnie poza centrum. Niski biurowiec, w którym pracuje Michał wyznacza granicę strefy przemysłowej naszego miasta. Przeszłam obok szlabanu prowadzącego na parking, przywitałam się z ochroną i bez żadnych kompleksów udałam w stronę portierni. „Ja w sprawie świątecznej imprezy w KGPro. Nie mogłam przyjść w niedzielę.” – zagaiłam do portiera tak niedbale, jakbyśmy znali się na wylot i co jakiś czas razem organizowali firmowe eventy. Wiedziałam, co powiedzieć, bo w niedzielę, zaraz po tym, jak wyszła od nas pani Henia, Michał wyjaśniał, że ten telefon to na pewno w sprawie zbliżającego się Christmas Party. Portier tylko na mnie łypnął. „No, trudno. Pani Asia czekała, czekała i się nie doczekała. Chce pani do niej podejść i wyjaśnić to? Wejściówkę szybciutko wypiszemy…” – powiedział, nawet na mnie nie patrząc. „Nie trzeba, zadzwonię do niej od nas z biura.” „Jak tam już pani uważa.”

Byłam przy drzwiach, kiedy naraz olśniło mnie. „Idź do kosmetyczki, rozjaśnij sobie włosy…” – czy nie tak mówił Michał jeszcze kilka dni temu? I to ciągłe smsowanie… Odwróciłam się i udając zawalonego pracą pijarowca, zapytałam: „Pani Asia, to ta blondynka, prawda?” „Tak, tak. Może pani jednak do niej podejdzie?” Wykręciłam się natłokiem pracy.

Wejść tam. Do biura kadr. Wejść i uderzyć panią Asię w twarz. Jak Crystal Alexis! (Albo na odwrót.) A potem przejść przez biura. Znaleźć Michała. I stłuc mu ten jego śliczny fajansowy kubeczek do kawy o idealnej pojemności i grubości ścianki… A potem nakarmić wątróbką pełną syfu z paszy… pełnej syfu. A potem puścić finał Top Model. A na koniec udusić.

Czyli wychodzi na to, że jasnowłosa rusałka (sprawdzałam na fejsie) z HRu jest tą zazdrosną sucz z przepowiedni pani Hani… Pięknie.

Od wczoraj jakoś głowa mnie boli i zupełnie nie idzie mi gotowanie. Co ciekawe, już drugi raz tylko porcja Michała mi się przypaliła…

14.12.2016
Poszłam dziś z chłopcami na roraty. Powoli. W ortezie wciśniętej w śniegowiec. Prószył śnieg. Między blokami błyskały kolorowe światła lampionów. Dziewczynka rozdająca obrazki stała w przedsionku kościoła. Chciałam wyciągnąć rękę po obrazek, tak samo jak dwadzieścia pięć lat temu, gdy rozdawał je Adam. Można powiedzieć, że z Adamem poznaliśmy się już w dzieciństwie, mimo że parą zostaliśmy dopiero w liceum. Zerwał ze mną tuż przed Studniówką. Bez wyjaśnienia. (Dzwoni telefon. To Michał. A niech dzwoni, powiedzmy, że nie słyszę…) Jak tak popatrzeć na wszystko z góry, wychodzi na to, że mam szczęście do dupków.

Przed kościołem spotkałam Dorotę Redlińską. Żałowała mnie okropnie. Podobno kiedy zanosiła dyrektorowi puchar, przez pół godziny rozmawiali o tym, jakim jestem fantastycznym trenerem – perłą w koronie naszej szkoły. Taaa… Oczywiście. A świnie latają… Jutro kiermasz świąteczny. Muszę wybadać, co knują.

Rozmawiałam z córką złotnika. Z całą pewnością nie dostała takiego zlecenia. Zresztą, jak powiedziała, to jej ojciec robi gotowe projekty, ona jest bardziej artystką niż rzemieślnikiem. Miałam wrażenie, że dąsa się, że w ogóle ją o to zapytałam. „Motyw śnieżynki przypomina góralską parzenicę. To taki podhalański kicz. Ale rozumiem, że mogła pani tego nie odnotować.” , powiedziała z manierą w głosie. „Tak jak pani na meczu siatkówki nie odnotowałaby <>, albo <>”, pomyślałam. Co ze mną jest nie tak? Gdzie się nie obrócę, same dupki i wredne baby.

Wychodzi na to, że Michał nie zamawiał tamtego pierścionka. Może faktycznie płacił za kolegę… A więc, kto mi go przysłał? Marek Piekarczyk? Pieniądze ma na pewno. Mógłby zapłacić firmie kurierskiej za te całe jaja. Demoniczny doktorek mści się na swojej dawnej, niespełnionej miłości. A mogło być między nimi tak pięknie. Mogli wieść dolce vita. Mogli jeść frytki pod choinką tak samo romantycznie, jak psiaki z „Zakochanego Kundla” jadły spaghetti… Mogła na treningach wybijać sobie palce, które on by jej potem z czułością nastawiał. Mogli wszystko. Gdyby nie ona. Więc niech teraz dostaje do głowy, niech się zastanawia, kto tamtego dnia widział ją nad rzeką… Widział, co robi, i co gorsza, słyszał, co mówi.

To, że podejrzewałam Michała przyniosło jednak wymierne korzyści. Raz. Dowiedziałam się o Rusałce. (Nie mogę się doczekać firmowej imprezy…) Dwa. Super ciekawostka. Już wiem, skąd Mania przywiozła pierścionek. Z Zakopanego! Z tej wycieczki, na którą nie pojechałam przez skręconą nogę.

Odpalam płytę ze zdjęciami Mani. Może znajdę tam jeszcze jedną fotografię pierścionka. Krupówki, Krupówki, Gubałówka, Krupówki… Kulig, ognisko… Na większości zdjęć Manię ledwo poznaję. Wszyscy tacy opatuleni. Grupa jest ogromna, bo w ośrodku było kilka szkół. To miała być taka integracja regionu. Pojechali więc członkowie szkolnych kółek: SKSów i innych takich. Mania reprezentowała chyba filozoficzne. Wiele twarzy wydaje mi się znajomych, ale nie pamiętam nazwisk. Znów – tak samo jak w przypadku Marka Piekarczyka. (A może Mania miała rację, mówiąc, że w głowie miałam tylko piłkę i dlatego Adam mnie rzucił…). O, na przykład ta ruda dziewczyna. Albo ten chłopak obok Mani. Niech mi drugą nogę łamią, nie przypomnę sobie, a twarz znajoma, jakbyśmy widzieli się wczoraj.
Ileż tam było śniegu! Marzę o białych Świętach.

Dopisek.

Padaj śniegu, padaj!

Ach, żeby złapać panią Asię za te jasne kudły i tak gębą wymalowaną jak u ruskiej matrioszki… prosto w zaspę…

15.12.2016
Niech mnie ktoś uszczypnie. Właśnie się dowiedziałam, że Dorota Redlińska… romansuje z dyrektorem! Ktoś widział ich w barze hotelowym 200 kilometrów stąd. (Znajomy, znajomej… ) W szkole musi huczeć, skoro ta plotka doszła nawet do mnie.

Wieczór.

Wróciłam ze szkolnego kiermaszu. Szok! Totalny szok!

Dorota Redlińska podbiegła do mnie, gdy tylko pojawiłam się w szkole. „Marta! Kochana!” – prawie zaśpiewała mi do ucha, całując po trzykroć w policzki. – „Tak wszyscy za tobą tęsknimy.” Następnie szybko przeszła do meritum. „Słyszałaś, że rodzice pierwszaków wymyślili, żeby już od małego uczyć dzieci siatkówki? No… Naprawdę! I wiesz, co? Wiesz?” Nie wiedziałam, więc przecząco pokręciłam głową. „Nie wiesz?” Nie. „Serio nie wiesz?” Serio nie wiedziałam. Dorota objęła mnie więc ramieniem i wskazując rząd pucharów w gablotce, powiedziała: „Ktoś musiałby się wziąć za te małe asy. A kto jest najlepszym trenerem siatkówki w naszym mieście, co?” – uśmiechnęła się i zaklaskała w dłonie. „Gratuluję, kochana! Będziesz jak łowca talentów! Zmienisz bieg historii naszej szkoły. Już widzę to nowe promo. Pierwszaki – od zera do bohatera! Wiem, wiem… powinno być: Od zera do mistrza… Ale się nie rymuje. A kiepsko tak bez rymu. Co za nowina, prawda?” „Niesamowita” – odpowiedziałam i odwróciwszy się na pięcie udałam prosto do gabinetu dyrektora. Minęłam kolejkę ustawioną do pani Heni, która Dorocie przepowiedziała przecież wielkie zmiany i energicznie zacisnęłam klamkę.

„Czy dobrze zrozumiałam, że odbiera mi pan drużynę?” – zapytałam, kiedy zamknęłam za sobą drzwi gabinetu. „Słucham, Pani Marto?” – dyrektor wydawał się nie wiedzieć, o czym mówię. Zrobiło mi się nieswojo. Zaczęłam wyjaśniać całą sytuację, starając się nie używać imienia Doroty. Dyrektor patrzył na mnie z troską. „Czy wszystko w porządku?” – odezwał się w końcu. „Pytam, bo jeszcze nigdy nie widziałem pani w takim stanie…”

Poczułam się jak idiotka. Co ja z siebie robię? Dyrektor uważnie mi się przyglądał, kiedy próbowałam znaleźć sposób, by jakoś wyjść z twarzą z tej sytuacji. Wreszcie chrząknął i powiedział: „Ciężko tak siedzieć przez całe dnie w domu, prawda?”

Ooookey. Wszystko rozumiem, ale to ostatnie hasło mógł sobie darować. Jakoś tak nieelegancko pytać o czyjąś kondycję psychiczną. Z gabinetu wyszłam zniesmaczona.

Na długim stole w korytarzu leżały wystawione ozdoby. Większość robiona ręcznie, ale widać było, że nie wszystkie. Dorota Redlińska oglądała stożkowatą choinkę zapakowaną w błyszczący celofan. Podniosła ją do góry, żeby zajrzeć w zagłębienia folii. A mnie serce zaczęło walić jak szalone.

Na serdecznym palcu Doroty błyszczał pierścionek z oczkiem w kształcie śnieżynki.

16.12.2016
To wszystko posuwa się za daleko. Za szeroko, za głęboko. Sięgam pamięcią do tamtego dnia, kiedy wyrzuciłam pierścionek. Tego, co mówiłam nad rzeką nawet nie zapisałam w dzienniku. Takich rzeczy się nie zapisuje. Musiało minąć szesnaście lat, ten cholerny kurier musiał wywrócić mi życie do góry nogami, żebym odważyła się opowiedzieć, co się wtedy wydarzyło. Piszę, bo może coś sobie przypomnę, może na myśl nasunie mi się rozwiązanie tej zagadki.
Pierścionek na palcu Doroty Redlińskiej był jak cios obuchem w potylicę. Nie jestem w stanie tego racjonalnie wytłumaczyć. I nie, nie biorę pod uwagę, że to zbieg okoliczności. Przez lata nigdy nie widziałam takiego pierścionka. Ostatnio przeszukałam net – nie ma ich w ofercie na żadnej aukcji staroci. Biorę pod uwagę, że Michał lub Marek Piekarczyk wykonali kopię, a potem przysłali wiadomość: „Pamiętasz?” Ale po co miałabym sobie to przypominać? Jaki jest cel wracania mnie do tamtego dnia? I skąd w tym wszystkim Dorota?

Tamtego dnia stałam na moście. Rzeka płynęła leniwym nurtem. Wiatr rozwiewał mi włosy wypuszczone spod wełnianej czapki i przyklejał do policzków. Nie chciałam płakać, ale nie potrafiłam powstrzymać łez. Kilka godzin wcześniej zerwał ze mną Adam. Nic nie wyjaśnił. Powiedział tylko, że myślał, że jestem inna. Lata później, oczywiście nie od niego, dowiedziałam się, że chodziło o jakąś wydumaną zdradę. Jak już musiał o nas komuś opowiadać, mógł powiedzieć, o co naprawdę chodziło. Czy już pisałam, że to dupek?

Jeszcze w domu wyżaliłam się Mani. „Mogę go dla ciebie odzyskać.” – zaproponowała. – „Będę cię udawać. Mogę się zmienić w taką lepszą ciebie, co ty na to? Adam rzucił cię, bo masz w głowie tylko piłkę, jeszcze tego nie zrozumiałaś? A każdy facet potrzebuje kobiety, a nie kołka, z którym można porozmawiać tylko o sporcie. Od tego ma kumpli.” Nie wierzyłam w to, co słyszę. Oczy wyschły mi zupełnie, ale Mania zdawała się tego nie zauważać. Mówiła dalej, z niegasnącym entuzjazmem. „Mnie tam Adam nie kręci, ale poświęcę się dla was, moje robaczki. Ustalisz granicę, do której mogę się posunąć i już.” Bąknęłam, że jest nienormalna i chciałam wyjść z pokoju, ale zatrzymała mnie. „Już lepiej być nienormalną niż dobrą do wyrzygania, wiesz?” Zaniemówiłam. A ona kontynuowała. „Wybacz. Ktoś musiał w końcu powiedzieć to na głos. To, jaka jesteś, jest wręcz niestrawne. A ty dziwisz się, że nawet taki świętobliwy koleś jak Adam cię rzuca? Zmień się, dobrze ci radzę. Zajrzyj w głąb siebie. Jesteś moją siostrą! Ten pierścionek…” – ujęła moją dłoń. – „…dostałam od jednego niestrawnego faceta… Nie zatrzymuję takich prezentów” – powiedziała tonem telewizyjnego spikera z lat 90tych. A ja poczułam, że coś wbija mi nóż w serce i wykrawa w nim potężną dziurę. Niestawny prezent dla niestrawnej, dobrej do wyrzygania, siostry…
Powiedziałam, że potrzebuję samotności. Założyłam kurtkę i poszłam nad rzekę. Znów się rozpłakałam. Zdjęłam z palca pierścionek i cisnęłam go w wodę. Zajrzeć w głąb siebie, tak? Zajrzałam. I głosem mocnym jak chyba nigdy wcześniej i nigdy później wypowiedziałam tylko jedno zdanie: „Wodo, przyjmij tę ofiarę, a w zamian za nią, błagam, zabierz Manię.”

Tego dnia śniła mi się rwąca rzeka. Obudziłam się w środku nocy przerażona tym, co powiedziałam. Jak mogłam tak w ogóle pomyśleć, a co dopiero wymówić?

Czy ktoś stał pod mostem i wszystko słyszał? Kto? I dlaczego odzywa się dopiero teraz? Motyw, motyw, jaki jest motyw… Skłócić mnie z Manią? Wysłać do wariatkowa? Podważyć kompetencje?

Popołudnie.

Musiałam podjechać do sekretariatu, by przedłużyć L4. Weszłam do pokoju nauczycielskiego. Nad filiżanką malowaną w Hallo Kitty siedziała Dorota Redlińska. Raz kozie śmierć, pomyślałam i zapytałam o pierścionek. A niech się tłumaczy. „Ten pierścionek?” – sięgnęła do torebki. – „Ach, kochana, wydawało mi się, że taką okazję złapałam. Kupiłam go na wczorajszym kiermaszu. Ale muszę się go pozbyć, wiesz? Pani Henia mówi, że on nie do mnie należy i że koniecznie trzeba go zwrócić właścicielowi.” „A kto jest właścicielem?” – spytałam, głośno przełykając ślinę. „A tego to ja nie wiem. Ale pani Henia mówi, że tak go ten pierścień przyciąga, że sam po niego przyjdzie…” „A co, jak nie przyjdzie?” – spytałam najnaturalniej jak tylko potrafiłam. Dorota upiła łyk kawy. Ciemna smużka wolno płynęła po kokardce różowego kotka. „Co jak nie przyjdzie…” – powtórzyłam. Dorota patrzyła na mnie, jakby sama nie rozumiała, co mówi. „Ponoć jak nie przyjdzie, to się nigdy nie dowie…”

18.12.2016
Pani Henia siedziała w kantorku obok szatni. Układała karty. Wiedziała, że to ja stoję obok drzwi, mimo że nie odwróciła się w moją stronę. Na brzegu stolika leżał pierścionek. Wiedziałam, że Dorota Redlińska odniosła go tuż przed końcem przerwy. Odczekałam więc aż zadzwoni dzwonek na lekcje i podeszłam do kantorka. Po co przeciągać sprawę, skoro i tak miałam po niego pójść? Tak – przyciągał mnie.Tak – chciałam się dowiedzieć.
Pani Henia posadziła mnie naprzeciw siebie, spojrzała mi w oczy i powiedziała: „To dla ciebie stawiam karty.” Popatrzyła w nie z uwagą. „Pierścionek dał, kto kochał prawdziwie. Nic więcej nie widzę.” „Pani Heniu, kochana” – nachyliłam się nad kartami, które zaczęła zbierać – „proszę mi jeszcze powiedzieć, czy ten pierścionek jest nowy?” Pani Henia znów rozłożyła kilka kart, a na kupkę pozostałych położyła pierścionek. „Rodziło się milenium, rodziło się wielkie uczucie. Pierścionek nie jest nowy.”

To mi wystarczyło.

Kiedy wróciłam do domu, nie czułam nic. Miałam dość wróżb, tajemnic i grzebania w przeszłości. Położyłam pierścionek na komodzie i poszłam robić obiad.

Kiedy chłopcy wrócili ze szkoły, Szymon od razu go zauważył. „Mamo! Ale akcja! Kupiłaś pierścionek, który zanieśliśmy na kiermasz!”

Od słowa do słowa okazało się, że nasza Kika znalazła go na ziemi podczas spaceru…
A więc jak widać, wszystko można racjonalnie wytłumaczyć.

Wczoraj cały dzień nie pisałam. Pochłonęły mnie przedświąteczne porządki. Włączyłam radio. Komercyjnych stacji słucham tylko w wakacje (żeby poznać letnie przeboje) i przed Świętami. Myłam łazienkę i myślałam sobie, co zrobić, jeśli okaże się, że podczas imprezy (która zbliża się wielkimi krokami!) Rusałka zaśpiewa do Michała „All I want for Christmas is you”… Potem wyciągnęłam wszystko z szafy. W pudle na samym dnie mój strój siatkarski ze szkoły średniej i różne takie drużynowe pamiątki: identyfikator, karta mieszkańca na zgrupowanie, spinki, listy zawodników, obrączka trzeźwości, ochraniacze, medale, wycinki ze szkolnych gazetek… To były naprawdę piękne czasy. Mimo tego, co zrobił Adam, co powiedziała Mania. I mimo tego, że kot na wiosnę uciekł nam z domu i już nigdy nie wrócił.

Dziś leniwa niedziela. Jestem bardzo wyluzowana. Nie przejmuję się niczym i nikim. W piątek wróciłam do pani Heni po pierścionek. A więc tak czy siak, dowiem się. Jeżeli ten, kto mi go przysłał, chciał, żebym trafiła do domu wariatów, to mocno się przejechał. Myślę trzeźwo jak nigdy. Nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi.
Noc.

A jednak nie przewidziałam jednego.

Że dziś przyjedzie Mania.


19.12.2016

Mgła. Białe Boże Narodzenie wisi w powietrzu.

Dziś wieczorem impreza w KGPro. (All I want for Christmas is youuuuuuuu! UUUUU! Yeah yeah!)
Mania wygląda świetnie, mimo że rano maskowała cienie pod oczami. Parzę na nią i zazdroszczę, że nie mogę założyć szpilek. Michał kupił mi sukienkę na Sylwestra. Krótką i błyszczącą. Przymierzyłam. Leży dobrze, ale zupełnie nie pomyślałam, że bez odpowiednich butów nie będzie efektu. „Chyba pierwszy raz w życiu mam coś, czego mi zazdrościsz” – powiedziała Mania, kiedy z powrotem zakładałam dżinsy. Już chciałam potwierdzić, gdy nagle przypomniało mi się, że to nie prawda. „Nie masz pojęcia, jak bardzo zazdrościłam ci tamtej wycieczki przed Studniówką…” – powiedziałam. Mania popatrzyła na mnie spod uniesionych brwi. „Tamtej wycieczki? Naprawdę? Nie ma czego. Było fajnie, oczywiście. Poznałam tam na przykład Anulę. Tę od kina studyjnego. Znasz ją pewnie, bo to też siatkarka…” Anula, Anula. Nie, nie kojarzyłam jej, mimo że pamiętałam, jak na pierwszym roku Mania angażowała się w projekt „Kino”.

A może to świetna okazja, żeby jeszcze raz obejrzeć zdjęcia z tamtej wycieczki? Tak, wiem, miałam czekać aż sprawa z pierścionkiem sama się wyjaśni. Z drugiej jednak strony wszyscy znają dowcip o tym, jak Bóg przysyłał powodzianinowi a to ponton, a to łódkę, a to helikopter… Zdziwiłam się, że Mania całkiem chętnie wspomina stare czasy. Jakby coś się w niej zmieniło.

Wciskała spację, przesuwając kolejne zdjęcia. „Jest Anula” – wskazała rudą dziewczynę, a mnie olśniło. To przecież trenerka jednej z drużyn, znamy się z widzenia. Dorota Redlińska jest z nią na „ty”. To dlatego, gdy ostatnio przeglądałam ten folder, jej twarz wydawała mi się znajoma. „A to kto?” – zapytałam, wskazując chłopaka stojącego przy ognisku obok Mani. „Taki jeden. Podbijał do mnie. Miał bogatego tatusia i śmieszną ksywę: Dyliżans.” Już chciałam zapytać, czy to on dał Mani pierścionek, ale ubiegła mnie. „To on dał mi tamten pierścionek. Powiedziałam ci, że dostałam go od niestrawnego faceta, kojarzysz?” – zawiesiła głos, a po chwili, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa, cicho dodała: „Patrzę na te zdjęcia i tak sobie myślę… że naprawdę to ja byłam wtedy niestrawna.” Siedziałyśmy obok siebie zupełnie nieruchomo. Chciałam ją przytulić, ale nie wiedziałam, jak. Bo nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek się przytulały. A może wyjąć z kasetki pierścionek i szczerze o wszystkim porozmawiać? Teraz? W tej chwili?

„Ostatnio śnią mi się różne dziwne rzeczy” – Mania odezwała się, gdy skończył się pokaz slajdów. „O przeszłości. O tamtym pierścionku. O naszym kotku. O rzece. Znasz <<Opowieść Wigilijną>>”? Oczywiście, że znam. „Coś się stało? W pracy?” – zaczęłam pytać. „W pracy jak zwykle. Rewelacyjnie. Nie. Nic się nie zmieniło. Tylko w nocy strasznie się męczę. Wiesz, dlaczego przyjechałam wcześniej?” Dobre pytanie. Głowiłam się nad tym cały wczorajszy wieczór. „Bo chcę już znać odpowiedź. Ostatnio codziennie budzę się z przekonaniem, z takim, jakby mi ktoś słowa rył w mózgu – że jak nie przyjadę, to się nigdy nie dowiem.”

Jeżeli świtała mi w głowie myśl, żeby powiedzieć Mani o pierścionku, odłożyłam ją na bok. Skąd wiedziała, co powiedziała mi Dorota Redlińska? „Jak nie przyjdzie, to się nigdy nie dowie…” A jeśli to wszystko, to sprytna mistyfikacja kilku przyjaciółek? Mania, Dorota (pewnie poznały się przez tę tam Anulę), pani Henia, która wmawia mi, że mam na palcu pierścionek, który dawno temu wrzuciłam do rzeki. Poczułam, że zalewa mnie fala złości. Spojrzałam na błyszczącą sukienkę, która wisiała na wieszaku. „A ty byłaś kiedyś o mnie zazdrosna?” – zapytałam. Mania uśmiechnęła się tak szczerze, że jeszcze pięć minut temu uwierzyłabym, że jest jak przemieniony Ebenezer Scrooge. „Miałaś wszystko, czego pragnęłam, więc oczywiście, że tak. I to nie jeden raz.”

21.12.2016
Taki był ze mnie kozak, tak nie mogłam się doczekać Xmas Party w KGPro… A jednak, kiedy wchodziłam do niskiego biurowca, poczułam, że adrenalina robi swoje. Przywitał nas inny niż ostatnio portier, wypisał wejściówki i zaprosił do kantyny. Niosłam w sobie masochistyczną chęć konfrontacji z Rusałką. Oboje z Michałem wiedzieliśmy, kto tamtego dnia dzwonił z portierni – Rusałka, czyli pani Asia z działu kadr. Że wcześniej namiętnie smsowali, nie trzeba było potwierdzać. Prawda wisiała w powietrzu (tuż nad Michałem) niczym mityczny miecz Demoklesa. Od tamtej niedzieli, kiedy była u nas pani Henia, wiele się zmieniło. Michał zaczął mi nadskakiwać. Wyjawił nawet punkt po punkcie program Xmas Party w KGPro. Zagadki mają być. Świetnie. Ostatnio przecież uwielbiam łamigłówki…
Kiedy weszłam do kantyny, jedyne, czego szukałam, to blond czupryna pani Asi. Zlokalizowałam ją bez trudu. Pani Asia stała przy improwizowanym barze. W dłoni trzymała wysoką szklankę. Rozmawiała z chudą koleżanką. Koleżanka wsuwała spinkę w czarne, przepalone farbą włosy. Jej prawe przedramię pokrywały rozległe tatuaże. Poprosiłam Michała, żeby mnie przedstawił. Gdy to usłyszał, zrobił kwaśną minę, ale objął mnie w pasie i podprowadził do baru. Pani Asia miała na sobie krótką, błyszczącą sukienkę. Srebrna nitka jest w tym sezonie bardzo modna, więc wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że sukienka była identyczna… jak ta… którą ostatnio dostałam od Michała. Spojrzałam na niego wymownie. Blady jak ściana, próbował uśmiechać się, ale kiepsko mu to wychodziło. Makijaż pani Asi był dziś ostrzejszy niż na zdjęciach na facebooku (stawiam na modelowanie twarzy i tego typu sprawy). O dekolt obijał się wisiorek w kształcie piłki do siatkówki. Całość prezentowała się po prostu koszmarnie. Mimo to, radość pani Asi emanowała spod vigrx plus results turkusowych powiek. Po zdawkowych wymianach uprzejmości, zapytałam o jej ciekawy wisiorek. Czy gra w siatkówkę? A może jest kibicem? „Gram. Od niedawana. Ale z wielką, ogromną wręcz pasją” – usłyszałam w odpowiedzi. „Musi pani bardzo zależeć” – powiedziałam i uśmiechnęłam się najserdeczniej jak tylko potrafiłam. I wtedy do rozmowy wtrąciła się wytatuowana koleżanka. Sztywno wyciągnęła do mnie rękę i przedstawiła się: „Aneta Piekarczyk, artysta złotnik. Autor wisiora.” Pani Asia odrzuciła długie blond włosy na jedną stronę i rzuciwszy przelotne spojrzenie na Michała, powiedziała: „Niektórzy mają fach w złotych rękach. Cuda nimi wyprawiają!” I po przerwie, trwającej na moje wyczucie dłużej niż powinna, dodała: „Wiedzą, jak uszczęśliwić kobietę.” Dopytałabym o te wszystkie cuda, te wszystkie pasje, i te wszystkie złote ręce, gdyby nie to, że za sobą usłyszałam głos. „Marta!? A to dopiero spotkanie!” Odwróciłam się. Za mną stał nie kto inny jak sam Marek Piekarczyk. „Poznałaś już moją żonę, prawda?”

Xmas Party bez tańców i hulanek, to jak Wigilia bez kolęd. Noga wciąż pobolewa, więc tańcząc z Michałem, kiwałam się tylko na parkiecie. Sam nawiązał do Rusałki. „To jednak wariatka… Pomagała mi wybrać sukienkę dla ciebie… i kupiła taką samą.” „Faktycznie, dziwna…” – odpowiedziałam zdawkowo, bo w tej chwili najbardziej interesowała mnie Aneta Piekarczyk. Okazało się, że to z nią rozmawiałam o pierścionku. (Oczywiście nie przyznałam się do tego, wyszło w rozmowie, że jest córką złotnika z centrum.) Kiedy byłam w szpitalu, Marek Piekarczyk powiedział, że pamięta mój pierścionek. Czyżby Aneta wykonała replikę nie dla Michała, ale dla Marka? W takim razie Aneta wie o wszystkim, ale ściemnia, że mnie nie kojarzy… że śnieżynka to nic innego jak podhalański kicz…

Cała impreza przeplatana była zagadkami. Z pokoju o oszklonych ścianach, tzw. „akwarium” zrobiono Escape room. Na całym pierwszym piętrze można było szukać ukrytych bombek… Dwoje koordynatorów chodziło po kantynie, zachęcając przez nagłowne mikrofony, aby i uczestnicy imprezy zadawali zagadki. Padło kilka sucharów. Kilka zagadek dotyczyło pracowników firmy. Ludzie się pośmiali…

Gdybym była bohaterką kreskówki, właśnie wtedy nad moją głową zapaliłaby się żarówka. Podeszłam do koordynatora i poprosiłam, by powiedział, co następuje: „Dawno temu ktoś wrzucił do rzeki pierścionek. Po latach ktoś inny odsyła ten pierścionek właścicielowi. Jak to jest możliwe? I kto jest nadawcą paczki?” Koordynator, wysoki trzydziestolatek z długawą brodą, popatrzył na mnie dziwnie, ale „puścił” zagadkę. Co ciekawe, ludzie próbowali na nią odpowiedzieć. Wymyślali jakieś ryby, które połknęły pierścionek i które później wyłowiono, jakieś zarośla, w które pierścionek się zaplątał, menela – łowcę skarbów, a nawet ducha sąsiada – topielca. Sączyłam drinka, słuchałam wszystkiego uważnie i ze spokojem obserwowałam, jak zachowują się Michał, Asia – Rusałka, Aneta i Marek.
Po powrocie do domu zastałam Manię opatuloną w koc i przeglądającą nasz rodzinny album. „Nie śpisz?” – zapytałam. „Obudził mnie okropny koszmar. Śniło mi się, że nasz kot się utopił… To tego, co się z nim stało, miałam się tu dowiedzieć?”

Wczorajszy dzień w rozjazdach. Okropna mgła. Zimno. Mania załatwia swoje sprawy. Jakieś kawy ze znajomymi których dawno nie widziała. Na ulicach iluminacje, ale śniegu wciąż brak.

Dziś chłopcy w szkole na Jasełkach. Siedzę sama i pakuję prezenty. Dzwoni telefon. Zastrzeżony numer. Słyszę męski głos: „Marta? To ja wysłałem pierścionek. Chciałem, żebyś sobie przypomniała.” „No, to sobie przypomniałam…” – mówię oschle, starając się przyporządkować głos do kogoś, kogo znam. Nie potrafię, choć mogłabym przysiąc, że nie jest nieznajomy, że słyszałam go całkiem niedawno. Marek Piekarczyk? Michał? Portier? Koordynator imprezy? Któryś z kolegów Michała? To, jeżeli ten telefon jest odpowiedzią na moją zagadkę z imprezy. Ale może nie. Więc szukam dalej. Złotnik. Kurier. Dyrektor. Któryś z nauczycieli. Ktoś ze szpitala. Ksiądz. Kto tam jeszcze. No, chyba nie Adam… „Wiesz, z kim rozmawiasz, prawda?” – pyta mężczyzna. Nie chcę kłamać, więc proponuję: „Spotkajmy się, bo to nie jest rozmowa na telefon.”

22.12.2016
Siedzę w kawiarni. Duże okno wychodzi na rynek. Piękna pogoda. Słońce. Lekki mróz. Na ławce pod wystrojoną choinką siedzi Mania i pije kawę. Macha do mnie, kiedy spostrzega, że na nią patrzę. Robię notatki i czekam na spotkanie, z tym, który tak zamieszał mi w głowie. Chcę zadać wiele pytań. Skąd miał pierścionek. Skąd o wszystkim wiedział. Dlaczego chciał, żebym przypomniała sobie, co robiłam nad rzeką. Myślę o tym, co powiedziała mi pani Henia. Kim jest zazdrosna kobieta wmieszana w to wszystko? Mania? Aneta Piekarczyk? Pani Asia? Dorota Redlińska? I kim jest on. Ten, co kochał. Michał. Marek. Adam? A może to ktoś zupełnie inny?

Otwierają się upstrzone lampkami drzwi. Wchodzi. Kieruje się do mojego stolika. Uśmiecha się, gdy mnie zauważa. On? Naprawdę on?

Rozwiązanie Pokaż

24.12.2016

Wigilijny poranek. Siedzę przy oknie z kubkiem kawy, patrzę na lekko pobielony świat. Na stole orzechy (dopiero połowę rozłupaliśmy), rulon srebrnego papieru i kolorowe wstążeczki. Wczoraj do późna pakowałam prezenty. Sporo do zrobienia w kuchni, ale spokojnie damy radę. Śpią wszyscy. W kojcu, obok Kiki, zwinięty w kłębuszek głęboko oddycha mały kot. Ciekawe, co śni się Mani. Po tym wszystkim, co się wydarzyło każde „All I want for Christmas is you” należy teraz do niej.

Nie spodziewałabym się, że to właśnie on wejdzie do kawiarni. Już chyba bardziej obstawiałabym Michała. Oczywiście, ogromnie ucieszyłam się, że to nie Michał, bo oczyma wyobraźni widziałam nas na sali sądowej. Ja z jednej strony. On i pani Asia z drugiej. Pośrodku sędzina deklamująca, że choroba psychiczna małżonki w znacznym stopniu przyczyniła się do rozpadu pożycia małżeńskiego.

Ale nie był to Michał. Nie był to też Marek Piekarczyk. Wyglądał zupełnie inaczej niż, gdy się ostatnio widywaliśmy. Mówmy co chcemy, ale szata wpływa na wizerunek. A sportowa kurtka leży zupełnie inaczej niż uniform firmy kurierskiej. Kiedy zbliżał się do mojego stolika, zastanawiałam się (oj, jak usilnie), o co chodzi. Dlaczego ktoś, kogo pierwszy raz w życiu spotkałam 5 grudnia, odstawia taki numer, gdy naraz, jak grom z jasnego nieba, pojawiło mi się w głowie jedno zdjęcie i jedno imię: Dyliżans. Tak. Teraz byłam już pewna. Kurier, który przyniósł mi pierścionek to Dyliżans, niestrawny facet z Zakopanego, który kochał się w Mani! Ten sam, od którego dostała pierścionek ze śnieżynką.

Dyliżans dosiadł się do stolika. Patrzył na mnie śmiejącymi się oczami, jakby chciał powiedzieć, że cieszy się, że po tylu latach mogliśmy się spotkać. Wyglądał trochę jak książę Harry, ale był brunetem. Całkiem przystojny. Naprawdę Mania puściła go kantem? Dziwię się… Nie miałam serca oszukiwać. Wyjaśniłam, że najprawdopodobniej pomylił mnie z moją siostrą bliźniaczką i od razu zadzwoniłam po Manię. Przez okno widziałam jak duszkiem dopija kawę i poprawia płaszcz. Potem powiedziała mi: „Wiedziałam, że coś się wyjaśni, kiedy tu przyjadę.”
Zostawiłam ich, a sama poszłam nad rzekę. W tamto miejsce, na mostek. I długo patrzyłam na wodę.

Wieczorem Mania wszystko mi opowiedziała, a puzzle układanki złożyły się w ładną (no, może „ładną” to źle powiedziane. Na pewno jednak ciekawą) całość. A było to tak…

Mania była zazdrosna. Z jednej strony gardziła moim ustabilizowanym światem, z drugiej – pragnęła stabilizacji. Według niej miałam wszystko. Dobre relacje z rodzicami, pasję, fajnego chłopaka. Nawet imię miałam według niej ładniejsze. Kiedy zerwał ze mną Adam zaproponowała, że może wcielić się w „lepszą mnie”. Jak się okazało, gdybym się zgodziła, nie byłby to jej debiut. Na tamtej międzyszkolnej wycieczce właśnie przed Dyliżansem udawała kogoś innego. Stała się mieszanką naszych cech – czarującą, odnoszącą sukcesy siatkarką – filozofką o imieniu Marta. Dyliżans (jego ojciec już wtedy miał firmę kurierską, stąd ksywa) zadurzył się do tego stopnia, że kupił jej pierścionek. A sobie – na pamiątkę – drugi, taki sam. Ponoć właśnie kupienie drugiego pierścionka tak bardzo zniesmaczyło Manię. (Cytuję: „Wydawało mi się wtedy, że zrobić coś takiego, to jakby samemu się wykastrować…”). I to właśnie ten jego pierścionek (nie pierścionek, który wrzuciłam do rzeki) szesnaście lat później znalazł się w moim domu.

Ta cała historia wyjaśniła zresztą także dziwne zachowanie Adama. Musiał skądś się dowiedzieć, że kręciłam z Dyliżansem. Świat jest mały. A region to już w ogóle.

Opowiedziałam Mani o moich grudniowych perypetiach. Śmiała się, że dałam się wkręcić. „W takim razie, skoro jesteś taka bystra, powiedz, jaki pierścionek mógł mieć na myśli Marek Piekarczyk.” – powiedziałam zaczepnie. Mania tylko przez krótką chwilę się zastanawiała nad odpowiedzią. „Pewnie chodziło mu o tę twoją obrączkę trzeźwości. Wiesz, Wilku, ja i cała reszta byliśmy wtedy trochę jak z innej bajki…” Moja obrączka trzeźwości? No jasne! Że też wcześniej o tym nie pomyślałam!

Jak tylko okazało się, że to nie ja jestem adresatem pierścionka, zaczęła mi przechodzić złość na Michała. Bo może faktycznie jego tłumaczenia po Xmas Party były prawdą… Pani Asia zwróciła na niego uwagę ponoć od razu, gdy zapisał się do firmowej grupy kreatywnej. Wyszedł z pomysłem turnieju sportowego. Chwalił mnie, zaproponował, że mogłabym sędziować. Pani Asi świeciły się oczy, gdy słuchała tego, co mówi. A on wchodził na szczyty swoich retorycznych możliwości, im bardziej te oczy się świeciły i im bardziej kusząco rozchylały się słodkie usteczka (no dobra, o ustach nic nie mówił. Ale założę się, że tak było… wata, wata cukrowa zamiast mózgu!) Michałowi schlebiało zainteresowanie młodej, atrakcyjnej koleżanki, więc bawił się tą całą sytuacją. Smski. Wspólne przygotowywanie imprezy… Któregoś razu pani Asia poprosiła go, żeby zapłacił za biżuterię, którą dla siebie zamówiła. Mówiła, że można płacić tylko przelewem. Michał zgodził się, gotówkę dostał do ręki. Tuż przed świąteczną imprezą dowiedział się, że pani Asia zwierza się przyjaciółkom, że dostała od niego piękny wisiorek w kształcie piłki do siatkówki… Sukienkę widziałam sama. Cóż. Cóż, cóż, cóż… Michał wygląda na zdezorientowanego, skruszonego. „Myślałem, że takie wariatki to tylko w filmach, albo w czytadłach dla kobiet…” – powiedział do mnie. „Wariatka i biedny miś” – pomyślałam. Ale ponieważ zbliżają się Święta, zanuciłam pod nosem. „To, czego pragnę na Święta to ty… i idealnie doprawiony grzaniec… i błyszcząca łazienka. Oooo yeah yeah!”

Wow. Sama bym tak nie wysprzątała.

Mania szczęśliwa. Wczoraj na randce. z Dyliżansem. Wróciła, niosąc w koszyku małego kotka. „Dała mi go taka jedna. Właściwie to wcisnęła mi go. Powiedziała, że znalazła nad rzeką i jeżeli się nim zaopiekuję, wszystko się ułoży. Chyba alkoholiczka, bo mówiła nieskładnie i pachniała nalewką. Przestraszyłam się, że utopi małego, jeśli go nie zabiorę. Więc zabrałam.” Kotek był słodki. Czarno – biało – rudy. „Mówiła coś jeszcze?” – zapytałam, drapiąc go za uchem.

Okazało się, ze tak. Mówiła. Świątecznie. Klasycznie. Jak z zimowej opowieści. „Niech nam Bóg pobłogosławi. Każdemu z nas.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *